Belgia - Brugge
Holenderska przygoda nie miała trwać wiecznie.
Po zwiedzeniu większych miast (Leiden, Amsterdam, Edam, Haga, Gouda, Alkmaar i Rotterdam - to ostatnie głównie z samochodu) postanowiliśmy wyruszyć dalej na zachód. Przez Belgię aż do Francji...
Taki był plan.
A jego realizacja ?
Jest takie powiedzenie -
pójść na żywioł ...
Będąc w Holandii mieliśmy przynajmniej przewodnik.
W dalszej podróży mogliśmy się posłużyć co najwyżej mapą samochodową.
Dlatego jeszcze ostatniej nocy w Zandvoort napisałam do znajomej, która studiowała w Belgii , aby poleciła nam jakieś warte odwiedzenia miejsca. -Antwerpia, Brugia i Bruksela oczywiście.
. B r u k s e l a .
Po niezwykle rozleniwiających podróżach wzdłuż Holandii, gdzie każdy kierowca jest uprzejmy, jeździ zgodnie z przepisami i zwykle nie szybciej niż 60km/h - wjazd do tego miasta był czymś koszmarnym.
Na drogach łatwo się pogubić, a nie daj boże zrobilibyśmy to... -klaksony szły w ruch!
Ostatecznie nie zatrzymaliśmy się w Brukseli i nie zwiedziliśmy jej też nawet "z auta", jak to mieliśmy w planach...
Pojechaliśmy natomiast na poszukiwanie campingu w Brugge.
. B r u g i a .
Jako że Belgia słynie z pralinek - uznaliśmy, że wizyta w muzeum czekolady to niemal obowiązek.
Tam miałam okazje zrewidować swoje poglądy na temat owocu kakaowca, który w moich wyobrażeniach był maleńkim ziarnem o rozmiarach migdała...--->
Brugge mnie urzekło.
Spacer po tym mieście był iście przyjemny...
...a tamtejsze piwo przepyszne ! Mimo, że zasmakowanie go na rynku słono nas kosztowało ;)
L E F F E B l o n d e !





















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz